Jawa

Yogyakarta

Kategorie: 
2012-12-05-Yogya002012-12-05-Yogya012012-12-05-Yogya022012-12-05-Yogya03
Map
Wracamy na Jawę. Tym razem Yogyakarta. Pierwsza obserwacja, to niewiele osób mówi tu po angielsku, a jeszcze mniej osób rozumie ten język. To dość ciekawe doświadczenie. U nas w kraju przyjezdny zwykle boryka się z problemem, że ktoś go rozumie, ale ma obawy mówić po angielsku i odpowiada po polsku. Tu jest inaczej, każdy chętnie opowie swoją historię, a nawet zada pytanie, ale ze zrozumieniem odpowiedzi albo prośby to już jest bardzo różnie, a przeważnie nie jest w ogóle.
Da się również zauważyć sporą różnicę w asortymencie oferowanym przez miejscowych sprzedawców. Głównie są to batiki, i to zarówno tkaniny jak i wszelkiej maści maski, czy też inne wyroby z drewna.
Jeśli Yogya to wiadomo, że Prambanan, a może nawet bardziej Borobudur.
Obie świątynie robią wrażenie i obie są utrzymane w bardzo dobrym stanie. Warto być tu z samego rana, na otwarcie. Nie ma turystów, jest cicho, a mury zdają się budzić do życia wraz z porannym słońcem.
Wszystko robi bardzo duże wrażenie. Zwłaszcza spowite poranną mgłą Borobudur oraz majaczące w chmurach szczyty wulkanów, których na Jawie jest więcej niż gdziekolwiek indziej na świecie.
Przy okazji zwiedzania okolic trafiamy również do krateru Dieng. Tu kolejna niespodzianka. O tej porze roku jest tu bardzo chłodno, a w górach padają bardzo intensywne deszcze. Co prawda za 7000IDR można kupić płaszcz foliowy, ale nie jest to wyposażenie, które zbyt wiele zmienia naszą sytuację. Płaszcz jest na rosłego europejczyka za krótki, a chodzenie po zimnych kałużach, w samych klapkach również do najprzyjemniejszych nie należy.
Pomimo, że pogoda nie sprzyja i nie zachęca do zwiedzania, decydujemy się sprawdzić co oferuje wnętrze wulkanu.
Dieng to przede wszystkim rozległe gorące jeziora o zielonkawym zabarwieniu i intensywnym zapachu siarki. Krajobraz zdaje się być jak z zupełnie innej planety. Wszędzie rozchodzą się kłęby gorącej pary, a część okolicznych domostw, położonych najbliżej bulgoczącego, gorącą wodą, krateru została porzucona już pewnie w zeszłym stuleciu. To aż dziw, że ktoś wciąż tu jeszcze mieszka.
Zresztą to nie jedyne zaskoczenie. Od niemieckich studentek realizujących projekt badawczy na temat stylu życia okolicznych mieszkańców, dowiadujemy się, że większość upraw na zielonych trasach okolicznych wzgórz to uprawy ziemniaka. Jest to o tyle ciekawe, że po pierwsze, warunki terenowe nie sprzyjają takim uprawom, po drugie, z finansowego punktu widzenia jest to kompletnie nieopłacalne. Robi się to tylko i wyłącznie dla prestiżu. Ktoś kto nie uprawia tutaj ziemniaka uchodzi za osobę ubogą, pochodzącą z niższej warstwy społecznej.
Z monologu naszego kierowcy dowiadujemy się również, że młodzież wchodzi tu w związki małżeńskie już w wieku 17tu, a nawet 15tu lat.
Sama Yogya jest również dość niecodziennym miejscem, bo pomimo, iż Indonezja jest republiką, z prezydentem na czele, miasto pozostaje pod zwierzchnictwem sułtana i władza jest tu dziedziczona.

Trowulan

Kategorie: 
2012-11-27-Surabaya2012-11-27-Trowulan002012-11-27-Trowulan012012-11-27-Trowulan03
Map
Jak Surabaya to oczywiście wizyta w pobliskim Trowulan.
Wczesnym rankiem jemy śniadanie, wsiadamy w taksówkę i bierzemy kurs na dworzec autobusowy Purabaya, gdzie za 7000IDR łapiemy autobus do Mojocerto (Trowulan).
Sama podróż trwa ponad godzinę i jakieś 10km za Mojocerto sympatyczny dżentelmen z obsługi naganiającej klientelę owego autobusu informuje nas, że to tutaj.
Wyskakujemy pośpiesznie z autobusu, a miejscowi wskazują nam kierunek do muzeum, bo pod takim hasłem funkcjonuje owa atrakcja turystyczna. Przy okazji proponują nam różnego rodzaju formy transportu, a każdy od rykszarza po posiadacza motorowego becaka zaczyna negocjacje od kwoty 100000IDR.
Z uwagi, iż kompletnie nie wiemy czego się spodziewać decydujemy się na spacer do owego muzeum (jakieś 500m), gdzie płacimy za wstęp, a sympatyczna pani z obsługi rysuje dla nas plan okolicznych świątyń.
Do każdej z nich jest jakieś 2km, co całkowicie przekreśla opcję chodzenia na pieszo. Jako, że nie ma w pobliżu żadnych alternatyw bierzemy ojek (motor z kierowcą) za 25000IDR od osoby.
Zwiedzamy w sumie trzy obiekty (dwie świątynie i basen) oraz przejeżdżamy obok katakumb, które wciąż nie są w pełni udostępnione.
Co najbardziej zaskakuje w dziele ludu Majahapit to, że wszystko wykonane jest z płaskiej cegły. Każdy element. Nie wykorzystano żadnej innej kształtki, przez co wszystkie budowle robią wrażenie jakby były zrobione z klocków lego. Co więcej, sama cegła jest dużo bardziej płaska od tej którą powszechnie znamy, a jednocześnie jest o wiele szersza i dłuższa.
Pomimo swojej, wydawałoby się kruchej budowy, całość jest świetnie zachowana i wygląda jakby miała zamiar przetrwać w takim samym, nienaruszonym stanie kolejnych kilkaset lat.
Po powrocie z Trowulan zdecydowaliśmy się jeszcze zwiedzić pozostałości holenderskich zabudów kolonialnych w północnej części Surabayi. Tu również duże zaskoczenie. Po pierwsze, że pomimo sporej biedy dzielnica ta jest dość przyzwoicie utrzymana jak na tak brudne miasto, a po drugie ludzie tu bardzo sympatycznie reagują na białych kręcących się z aparatem i sami nawołują by robić im zdjęcia, zapraszają przy tym na kawę albo do krótkiej pogawędki. Bądź, co bądź, spacerujący biały człowiek, w tej okolicy, widziany jest zapewne bardzo rzadko.